pl

Blogi użytkownika

  • Save this on Delicious

czyli "kampania wrześniowa" we wspomnieniach pracowników naukowych

I had, I had, I had, of course I had. For example I studied German and I was very lazy student and I did not realised that I had to really go into the grammar so I tried to write that exam without knowing the grammar exactly. So I failed, I think I failed two times until I really realised that I have to study the grammar, yes, but not liking it.

Was it the only time?

I made an exam in Russian with the Polish professor, and everything was OK, until he asked me how much is "wiorsta" the Russian length measure and I didn't know exactly how much is a "wiorsta". Than I had to leave and come back another time knowing how much is a "wiorsta"

mgr Ingalill Jansson

Miałem tylko raz w życiu egzamin poprawkowy we wrześniu. Odbyło się to na V roku historii sztuki, to był mój ostatni zresztą egzamin na studiach z historii sztuki i dostałem wtedy ocenę niedostateczną, ponieważ był Mundial.

dr Waldemar Daluga, Zakład Historii Sztuki

W czasie studiów jakoś wszystkie egzaminy przeszedłem i nie miałem problemów w tym znaczeniu, że musiałem powtarzać, tak że wszystkie egzaminy przeszedłem we Włoszech w Rzymie. Na państwowej uczelni studiowałem fizykę, a na papieskiej epistemologię fizyki. Te dwie dziedziny. Miałem takie szczęście, że nie powtarzałem żadnego egzaminu. Tam były tylko testowe egzaminy i zaliczenia. No i te testowe się zaliczało, w znaczeniu zdawało, lub nie, ale jakoś nie miałem ... miałem akurat może szczęście.

prof. Ludwik Kostro, Instytut Filologii i Socjologii

Problem to właściwie miałem śmieszny tylko jeden, jak zdawałem chemię organiczną, która na Wydziale Chemicznym (wtedy kończyłem Wydział Chemiczny) była niesłychanie ciężkim przedmiotem, wymagała przeczytania 1400 stron takiego dzieła. Ja przeczytałem, zapamiętać już nie bardzo zdążyłem. Pan, nieżyjący już, doktor Rudowski egzaminował mnie przez chyba dobre pół godziny i potem mówi do mnie: "Proszę pana, ja panu dam trójkę, pod jednym warunkiem, że pan się zobowiąże dzisiaj, że w życiu pan się chemią organiczną nie będzie zajmował." No i dotrzymałem słowa.

prof. T. Zieliński, kier. Katedry Inżynierii Materiałowej Wydziału Mechanicznego

Zdarzały się takie problemy z egzaminami. Było parę przedmiotów...takich teorii obwodów i inne sprawy, na pierwszych latach szczególnie. Pierwsze dwa lata, to było coś takiego, co trzeba było czasami powtórzyć sobie drugi raz, a potem to już szło z górki, wszystko było w porządku. Nie było większych problemów. Można powiedzieć: im wyższy rok, tym lepiej się tematy rozumiało i można się było lepiej przygotować i wychodziło się lepiej ze wszystkim, i nie było już problemów.

mgr Stanisław Galla,

Instytut Elektrotechniki w Gdańsku

Zasadniczo to wszelkie problemy w moim przypadku były związane ze sprawą finansowania. Po prostu trzeba było pracować, żeby móc się utrzymać, no i oczywiście przy niektórych egzaminach trzeba było sobie odpuścić. Taka teoria obwodów z profesorem Niedźwiedzkim... To jest sława tego wydziału. No więc akurat miałem pięć podejść do tego, ale to mi jakoś nie przeszkodziło żeby iść dalej. Liczy się upór, nie?

dr Anonim, Katedra Elektroniki Medyczno - Ekologicznej

jarfie Maj 25 '00

Pokrętka z głębi jego jestestwa (patrz poprzedni odcinek Sagi rodu Pokrętków) jego urocza małżonka wyciągnęła jednym, tyleż celnym, co silnym, ciosem wałkiem w głowę. Czas po temu był już najwyższy, bo zbliżały się wakacje...

Nie jest łatwo być głową rodziny. Nawet jeśli jest się nią tylko nominalnie, tak jak w przypadku Pokrętka. Całe życie trzeba podejmować różne decyzje za całą rodzinę, tzn. zgadywać, jaką decyzję podjęła wcześniej żona, by się z nią zgodzić. Najmniejsze potknięcie w odgadywaniu woli współmałżonki przynosi opłakane skutki (od karnej głodówki i nocowania na klatce schodowej, przez wyszukane tortury psychiczne, aż po ciężkie obrażenia fizyczne). I teraz Pokrętek musi postawić wszystko, swoje być albo nie być, na jedną kartę. Musi zaproponować takie wakacje, jakie sądzi, że jego połowica chce spędzić. Od dawna mówiła o tym, że chce uciec od zgiełku cywilizacji, od tego wszystkiego, co ją zniewala. Pokrętek umówił się zatem z kolegą z pracy, że wypożyczy na dwa tygodnie dom jego matki. Starowinkę wyśle się na ten czas na hale na wypas owiec. Chata jest wspaniała, wymarzone miejsce na wczasy dla mieszczuchów, klepisko zamiast podłogi, świeża woda ze studni, brak łazienki, WC za stodołą, posłania ze słomy itd., a w promieniu piętnastu kilometrów ani żywej duszy.

Propozycja Pokrętka spotkała się z ostrym sprzeciwem nie tylko jego małżonki, która usłyszawszy o pomyśle wyjazdu do takiej rudery i w taką głuszę tak krzyknęła, że większość kryształów w ich domu popękała (za co oczywiście Pokrętek oberwał solidne manto). Potem jeszcze zakopany po szyję w przydomowym ogródku, przez cały tydzień zbierał razy od całej rodziny, a czasem nawet niektórych sąsiadów (skoro już był zakopany...) i słuchał, jak idiotyczny był jego pomysł. Owszem wszyscy chcieli uciec od cywilizacji, ale nie żeby żyć jak jakieś pierwotniaki neandertalskie. Te trudne warunki mieszkaniowe mogliby jeszcze wytrzymać (w końcu przecież nie muszą się kąpać co tydzień), ale z pewnych rzeczy żaden oświecony obywatel nie może zrezygnować. Jak Pokrętkowa wytrzyma dwa tygodnie bez „Labiryntu namiętności” i „Klanu”, nie mówiąc już o tym, że nie będzie wiedziała, kto nie wygrał w Miliarderach? A jak poplotkuje z koleżankami przed sklepem, skoro ani koleżanek, ani sklepu nie będzie? A Pokrętkówna przecież musi chodzić do kosmetyczki i na solarium i na aerobik. A na dyskotekę, to co? Może będzie co sobotę dwadzieścia kilometrów szła? Wracać to jeszcze, zawsze tam się jakiegoś choćby z rowerem (byleby z ramą albo bagażnikiem, bo po innych Pokrętkówna miała złe wspomnienia) poderwie, ale jak dojść? Nawet Pokrętek junior miał wielki żal do ojca, który uzewnętrznił obsypaniem jego głowy kilkoma tuzinami rozeźlonych czerwonych mrówek. No bo gdzie on ma jechać na jakąś wiochę, jak tu chłopaki będą w kawiarni internetowej bić rekordy w saperze.

Po zakończeniu kary Pokrętek musiał zacząć szukać czegoś innego. Z daleka od cywilizacji tzn. nie dalej niż pół godziny drogi samochodem, bo najdłuższa przerwa między programami w TV godnymi obejrzenia właśnie tyle wynosi. Ale żeby najniezbędniejsze rzeczy były pod ręką (TV w każdym pokoju, gabinet odnowy biologicznej, kawiarnia internetowa, siłownia, hipermarket, kolektura totolotka, najt klub itp.).

Nie było to łatwe - znaleźć dobre miejsce na wczasy. Zwłaszcza, że w co ciekawszych domach wczasowych miejsca są zarezerwowane już od maja ubiegłego roku. Pokrętek (jak sam twierdził) miał więcej szczęścia niż rozumu, że udało mu się znaleźć jeszcze cztery miejsca w pięknym ośrodku wypoczynkowym, niecałe siedem kilometrów od jeziora i to na termin nie tak znowu późny, bo na koniec września. Opatrzność była łaskawa dla Pokrętków, bo miejsca te zwolniły się po sąsiadach z ich ulicy. Szyby w oknach ich domu popękały od tej samej fali dźwiękowej, która zniszczyła największą kolekcję kryształów na północ od Pruszcza Gdańskiego. Na szczęście nikt nie zginął, ale pozszywanie wszystkich ran od szkła, kosztowało tyle, że nie będzie ich prawdopodobnie stać na wczasy przez najbliższych kilka lat, a i oszczędności na studia dzieci zostaną poważnie uszczuplone.

I w ten oto sposób Pokrętkowie w tym roku pojadą na wczasy do Gdyni Grabówek...

<><

jarfie Maj 25 '00

Każdy sposób szukania pracy jest dobry. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że niektóre ogłoszenia w pracy są nierzetelne i wprowadzają w błąd już przy pierwszym czytaniu.

W wakacje, po trzecim roku studiów postanowiłem zostać w Gdańsku i zarobić na swoje utrzymanie. Zamieszkałem kątem u kolegi i rozpocząłem poszukiwania sezonowej, wakacyjnej pracy.

Szukałem na różne sposoby, przez znajomych, ogłoszenia drobne, spółdzielnię studencką, a także kontaktując się z firmami wyszukanymi w książce telefonicznej. Wszystkie z tych sposobów mogły okazać się równie skuteczne. Tym bardziej, że byłem gotowy wykonać różne prace, od fizycznej po różnego rodzaju biurowe. Najwięcej emocji i wrażeń przyniosło telefonowanie w odpowiedzi na ogłoszenia prasowe. Wykonywałem prawie codziennie po kilkanaście telefonów. Rozmowy były mniej lub bardziej przyjemne. Ogłoszenia są też czasami niejednoznaczne., np. dzwoniłem do kogoś, kto poszukiwał stróża do warsztatu samochodowego. Wiadomo co robi stróż - (myślicie pewnie, że stróżuje), niestety nie - JEŻDZI. Przedstawiam się, mówię dlaczego dzwonię, pada pytanie: "Ile ma Pan lat?". Odpowiadam, że 23. Chwila ciszy, kolejne pytanie: "Czy jeździ Pan jakimś samochodem?". Odpowiadam, że mam prawo jazdy, jednak nie jeżdżę zbyt często i dużo (myślę sobie jednak: "czy stróżówka jest w tym warsztacie tak duża, że aż trzeba jeździć po niej samochodem?"). Po mojej odpowiedzi pada szybko stwierdzenie: "A to nie, bo ja potrzebuje kogoś, kto jeździ", po czym odkłada słuchawkę.

Zdarzają się też inne sytuację. Było ogłoszenie tej treści: Hurtownia AGD zatrudni pracowników. Pomyślałem, potrzebują tragarzy. Zadzwoniłem, zostałem umówiony na spotkanie z szefem. Poszedłem, była zgraja ludzi. Szef był bardzo elastyczny co do czasu pracy i jakichkolwiek predyspozycji. Zaprosił mnie na następny dzień i delikatnie zasugerował, abym przyszedł "pod krawatem". Do noszenia kartonów założyć garnitur? Zacząłem coś podejrzewać, jednak poszedłem. Ludzie, co tam się działo! Podzielono nas po dwie nowe osoby do jednego "starego" pracownika, co jakiś czas daną parę wprowadzając do sąsiedniego pomieszczenia, z którego dochodziły dziwne krzyki i śpiewy (była dopiero 8 rano) jak z jakiejś imprezy zakrapianej gęsto alkoholem. Przyszedł czas i na nas, weszliśmy i co widzimy? Kilkunastu ludzi trzyma się za ręce i tańczy wokoło pokoju wyśpiewując piosenkę o słowach: "Tańczymy duala, duala, duala bęc" itd. Włączono nas w to kółko zanim cokolwiek zdążyłem zrozumieć. Pomyślałem: "Kurcze to jakaś sekta". Po kilku rundkach i uspokojeniu myśli wypiąłem się z kółka (i jeszcze kilku innych chłopaków). Dziwnie na nas patrzono, ale bawiono się dalej. Później był krótki wykład o tym, jak trudno się w naszym kraju czegoś dorobić pracując tradycyjnie, połączony ze "świadectwem" dziewczyny, która opowiadała, jak to w pierwszym tygodniu pracy zarobiła

400 zł na rękę. Firma ta, jak się później mogłem zorientować, zajmuje się akwizycją. A z AGD nie ma prawie nic wspólnego, poza tym, że w tym tygodniu, kiedy ja do nich trafiłem, hitem były super noże ze stali nierdzewnej. Zanim zobaczyłem, w jaki sposób upłynniają towar, podziękowałem im za współpracę. Chłopak, z którym mnie przydzielono również dał sobie z nimi spokój. Zatem nasza trenerka została sama, wściekła jak nie wiem co.

Na drugi dzień, gdy siedząc na ławce przeglądałem ogłoszenia o pracę, mogłem zobaczyć duali (tak ich nazwałem, od ich przeboju) w akcji. Bardzo atrakcyjna praca..., zaczepianie ludzi na ulicy i wciskanie im super noży za wszelką cenę. Do tego zupełnie się nie nadaję. To były ciekawe wakacje, dużo wrażeń i doświadczeń. Co prawda pracy nie znalazłem, mimo miesiąca intensywnych poszukiwań, jednak wiele się nauczyłem. Między innymi tego, że nie wszystko jest oczywiste i jednoznaczne. Należy pytać pracodawcę konkretnie, do jakiej pracy poszukuje człowieka, na jaki czas, jakie ma wymagania, co jest w stanie zaoferować w zamian. Jeszcze jedna ważna rzecz, ja popełniłem pewien błąd, gdyż poszukiwania pracy rozpocząłem dopiero po sesji. Stąd moja rada: chcesz popracować w wakacje - wakacyjnej pracy szukaj już wiosną. Zrobiłem tak w następnym roku i udało się! Myślę, że każdy ze sposobów poszukiwania pracy może być skuteczny, dlatego nie zniechęcaj się, powodzenia na studenckich etatach.

Mac

Niech nie znajdzie się u ciebie taki, który przeprowadza swego syna czy swoją córkę przez ogień, ani wróżbita, ani wieszczbiarz, ani guślarz, ani czarodziej, ani zaklinacz, ani wywoływacz duchów, ani znachor, ani wzywający zmarłych; gdyż obrzydliwością dla Pana jest każdy, kto to czyni”.

[Księga Powtórzonego Prawa 18,10-12]

Powyższy cytat oraz wiele innych zarówno w Starym jak i Nowym Testamencie wyraźnie ukazują nam, co Bóg myśli o wszelkiego typu praktykach wróżbiarskich. Oprócz suwerennej woli Boga, są po temu bardzo logiczne przesłanki. Czary, magia „od zawsze” były dziedziną Przeciwnika - Szatana oraz jego zastępów. Używał on tej otoczki, by wsączać ludziom do serc i umysłów swoje kłamstwa, by odciągać ich od jedynej Prawdy. Od pewnego czasu jednak „specjaliści” z różnych obszarów związanych z magią i okultyzmem usiłują udowodnić, że ich dziedzina nie ma nic wspólnego z Szatanem czy demonami, że to po prostu nauka, taka sama jak fizyka czy medycyna. Słyszymy to w przypadku radiestezji, bioenergoterapii, numerologii czy nawet tarota. Dzisiaj jednak chcę zdemaskować „naukowe” podstawy astrologii. Myślę, że mogę na ten temat pisać, sama bowiem zajmowałam się układaniem horoskopów i to bynajmniej nie tylko tych „gazetowych”. A horoskopy przeze mnie stawiane były... trafne, co przez długi czas przypisywałam nauce.

Astrologowie, wykazując naukowe podstawy czytania z gwiazd ludzkiego charakteru czy przyszłości odwołują się między innymi do następujących dziedzin wiedzy: statystyka, psychologia, astronomia i astrofizyka oraz biologia. Jednak po głębszym przyjrzeniu się tym związkom widać, że pozostają one jedynie w sferze pobożnych życzeń. Przeczą im sprawy, na temat których astrologowie w ogóle się nie wypowiadają, a jeśli tak to ze wstydliwym uśmiechem.

WEWNĘTRZNE SPRZECZNOŚCI ASTROLOGII

Astrologowie zakładają, że wpływy planet występują wszędzie i działają na wszystko. Tym samym my możemy założyć, że działają również na astrologa w momencie, gdy interpretuje on nasz horoskop. Z tego wynika, że nie może on być na tyle obiektywny, by zinterpretować go poprawnie, jest przecież niejako „wewnątrz” systemu.

Sprzeczność druga. Astrologia zakłada pewien determinizm, dobry astrolog to ten, który trafnie przepowie przyszłość. A jednak ludzie chcą poznać przyszłość po to, żeby ją zmienić. Na tej zasadzie nieomal wszystko może „sprawdzić się”. Jeśli astrolog ostrzegł cię przed czymś, a tego dnia nic się nie wydarzyło, może powiedzieć, że to dlatego, że wiedziałeś i zwracałeś baczniejszą uwagę na wszystko, co robisz. Jeśli jednak spotka Cię przykrość, astrolog powie, że przecież to przewidział...

ASTROLOGIA A STATYSTYKA

Obecnie najczęściej powtarzającym się argumentem za naukowymi podstawami astrologii jest to, że opiera się ona na statystycznych obserwacjach. Cóż, problem polega na tym, że jeśli chcemy mówić o statystyce, musimy brać pod uwagę metody jakimi się ona posługuje, a mianowicie reprezentatywne próby, na których badania można przeprowadzić.

Horoskop, to zestaw wzajemnych zależności między planetami, znakami zodiaku, domami astrologicznymi oraz całą masą innych czynników, obliczanych przez astrologów bardzo skrupulatnie. Rzecz w tym, że tych czynników jest bardzo wiele i w znakomitej większości jedne zależności zachodzą zupełnie odrębnie od innych. Mamy więc do czynienia z ogromną liczbą zmiennych, co wręcz uniemożliwia znalezienie wystarczającej dla celów statystycznych próby ludzi z tymi samymi parametrami w horoskopie. Takie badania nie są zresztą prowadzone na szeroką skalę. Po wstępnych wyliczeniach okazało się bowiem, że miarodajna dla celów naukowych próba, uwzględniająca jedynie główne zmienne wyniosłaby minimum 10 miliardów osób. Byłyby to bezwzględnie największe badania statystyczne w skali światowej. Inną sprawą jest dokładność danych otrzymywanych przez astrologów oraz dokładność ich obliczeń. Te ostatnie co prawda wykonywane są ostatnimi czasy przez komputery, ale większość z nas nie zna przecież dokładnej godziny i minuty swojego urodzenia (co sprytniejsi astrologowie odchodzą zresztą znów od tak drobiazgowych żądań, „ustalając” wspomnianą godzinę).

ASTROLOGIA A PSYCHOLOGIA

Związki z psychologią astrologowie podkreślają bardzo silnie. Nic dziwnego, są bowiem w dużej części... znakomitymi psychologami, chociaż nie wszyscy mają takie wykształcenie. Po prostu częścią nauczania w tej dziedzinie jest szkolenie psychologiczne, a więc czytanie z ruchu ciała, zadawanie odpowiednich pytań, wytwarzanie poczucia więzi i zaufania w kliencie.

Mnie to przekonuje, a Ciebie?

Joanna

jarfie Mar 26 '00

rys. corel gallery

W moim życiu staram się zawsze kierować zasadą: cesarzowi co cesarskie, Bogu co boskie. Tak było również w przypadku powołania mnie do wojska. Chociaż nie było to łatwe wiedziałem, że jeśli będę musiał, a wszystko na to wskazywało, to spełnię ten skądinąd przykry obowiązek wobec Ojczyzny. Moja przygoda z wojskiem zaczęła się jesienią ubiegłego roku. Wówczas, cztery miesiące od

ukończenia studiów, po wyjściu z budynku Poczty, z otwartym listem poleconym przeżyłem dziwne uczucie, bowiem treść listu wskazywała jednoznacznie: „Ob. .........., syn ........, w dniu ........ stawi się w WKU ........... celem wydania karty powołania do SPR”. Rozumiecie? - mam iść do wojska, spędzić w nim pół roku, to przecież nie ma sensu (użyte w liście skróty oznaczają: WKU - Wojskowa Komenda Uzupełnień, SPR - Szkoła Podchorążych Rezerwy).

Chciałem wiedzieć dlaczego właśnie ja otrzymałem wezwanie (nie wszystkich absolwentów spotkała ta przyjemność). Dlatego pytałem „Boże jaki masz w tym cel? Proszę pokaż mi go”. Zamiast odpowiedzi na to pytanie otrzymałem od Boga coś innego. Przypomniał mi pewien epizod z mojego studenckiego życia.

Będąc na IV roku studiów w czasie badań okresowych okazało się, że mam podwyższone ciśnienie tętnicze. Dostałem skierowanie na serię różnych badań, z których wynikami miałem zjawić się ponownie u lekarza. Badania zrobiłem, ale jak to często bywa do lekarza, drugi raz, nie poszedłem - wiecie jak to jest - po prostu dobrze się czułem i nie miałem na to czasu.

Pamiętnego dnia odgrzebałem wyniki badań sprzed ponad roku i zdecydowałem się pójść do najbliższego ZOZ-u. Jak było do przewidzenia lekarz skierował mnie na serię badań, tych samych co przed rokiem oraz dodatkowo kilka badań na gruczoł tarczycy. Podejrzenie padło na tarczycę (jej niewłaściwe funkcjonowanie może powodować podwyższenie ciśnienia). Wyniki badań wskazywały, że najprawdopodobniej mam nadczynność tarczycy. Poprosiłem więc panią lekarz aby wystawiła zaświadczenie o moim stanie zdrowia co może umożliwić mi uzyskanie skierowania z WKU na Wojskową Komisję Lekarską (WKL). Z zaświadczeniem tym stawiłem się w wyznaczonym miejscu i terminie, gdzie złożyłem podanie o dopuszczenie mnie do komisji lekarskiej weryfikującej mój stan zdrowia. Po kilkunastu dniach dostałem pozytywną odpowiedź i skierowanie na WKL.

W międzyczasie o moim „nieszczęściu” poinformowałem swoich znajomych, prosząc ich o modlitwę za mnie - po prostu nie chciałem iść do wojska. Sam też wytrwale modliłem się za tę sytuację. W tym wszystkim najwspanialsze było to, że generalnie miałem pokój w duszy i wewnętrzne przekonanie, że wszystko będzie dobrze. Oczywiście pojawiał się też od czasu do czasu smutek, że to „dobrze” oznacza pójście do wojska i wszystkie związane z tym konsekwencje w moim życiu rodzinnym i zawodowym. Jednak niezależnie od tego co owo „dobrze” oznaczało, byłem przygotowany na przyjęcie tego.

Jednocześnie z różnych stron posypały się propozycje załatwienia mojego problemu w inny sposób. Przy okazji dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy. Wspomnę tylko o jednej, mianowicie okazało się, że „uniknięcie” służby wojskowej kosztuje zasadniczo 2 tys. zł, no chyba że mamy do czynienia z tzw. przypadkiem ekspresowym, wówczas tę kwotę należy pomnożyć przez 2.

Postanowiłem, wydawałoby się wbrew zdrowemu rozsądkowi, oprzeć się całkowicie na Bogu i nie korzystać z tego typu propozycji.

Zgodnie z otrzymanym w WKU skierowaniem stawiłem się do szpitala wojskowego na komisję lekarską, gdzie otrzymałem kartę na wykonanie badań: EKG i internistycznego.

Szukając gabinetu EKG spotkałem, w pasiastej pidżamce i szlafroku, kolegę ze studiów. Z nim było o wiele gorzej niż ze mną. Po przeczytaniu wezwania do WKU prawie całkowicie stracił wzrok, no i w ogóle nie czuł się najlepiej. Było to zapewne wynikiem, jak tłumaczył, przejścia w dzieciństwie wstrząsu mózgu i różnych innych przypadłości wieku dziecięcego. Dodam tylko, że na zajęciach wychowania fizycznego był zawsze „debeściakiem” na naszym roku. Rozstaliśmy się współczując sobie nawzajem i pocieszając się.

Po zrobieniu EKG, czekałem przed pokojem przyjęć internisty z grupą poborowych. Lekarz przyjmował od 10.00, ale tylko w teorii. Pojawił się nieznacznie przed 11.00, zapytał czy wszyscy do niego (a młodzieży męskiej było wiele i wciąż przebywało). Oczywiście nie zaczął od razu przyjmować, w międzyczasie poinstruował jakiegoś młodzieńca, ubranego jak mój kolega ze studiów w firmowe ciuszki szpitala, jak ma rozmawiać z innym lekarzem. Wyglądało to tak, że ten młody człowiek miał mu powtórzyć usłyszane przed chwilą od niego objawy swojej choroby. Lekarz mówił krótkimi zdaniami, tonem zdecydowanym i głośno. Gdy „pacjent” powtórzył bezbłędnie, lekarz zajął się nami. Wchodząc do pokoju powiedział: „Po trzech!”, zrobił to oczywiście głośno i zdecydowanie.

Kiedy przyszła na mnie kolej i wszedłem w swojej „trójce” zaczęło robić się coraz ciekawiej. Zostałem obsłużony dość szybko, gdy okazało się że jestem po studiach to nawet zaczął się zwracać do mnie per pan. Gdy mu do tego pokazałem wyniki moich badań był tak bardzo zaskoczony, że tylko kazał swojemu asystentowi zmierzyć mi ciśnienie (pewnie pomyślał: cwaniak, dobrze się przygotował), do mnie powiedział: „Pana to nie wezmą, bo ma pan dobre papiery. No chociaż z nimi to nigdy nic nie wiadomo”. Z moim współtowarzyszem niedoli było znacznie gorzej i... dłużej. Gdy się rozebrał (od pasa w górę) to zaczęło się od tego, że internista ciągle tym samym, charakterystycznym dla pewnego środowiska, tonem przeprowadził mini test na asystencie, skądinąd bardzo młodym, pytając go o typ klatki piersiowej badanego, która faktycznie odbiegała nieco od normy. Następnie była seria atakująca „pacjenta” w stylu: „co ty jesteś taki zabiedzony!, nie dbasz o siebie!, czemu nie ćwiczysz!, pokaż zęby!, dlaczego nie leczysz zębów!, czemu się garbisz!, itp.”. Ton był niezmienny, więc myślę że większość z tych młodych, zwykle 19-letnich, często zakompleksionych chłopców nie przyznała by się do jakiejkolwiek dolegliwości czy choroby przed takim lekarzem.

Nie dziwiło mnie zatem gdy po powrocie do budynku, w którym mieściła się WKL spotkałem chłopaków w mundurach, będących po trzech miesiącach służby (jak sami mówili: z jesiennego poboru), którym komisja tego dnia orzekała niezdolność do służby wojskowej. U jednego stwierdzono zaćmę, u drugiego jaskrę, a trzeciemu tak trzęsły się ręce, że nie mógł otworzyć swojej książeczki z orzeczeniem WKL. Jeśli na swojej pierwszej komisji lekarskiej byli obsługiwani „po trzech” to nie ma się co dziwić, że chociaż trwale nie zdolni do służby wojskowej, w wojsku się jednak znaleźli.

Orzeczenie szanownej komisji w moim przypadku brzmiało: czasowo niezdolny do służby wojskowej na okres 12-tu miesięcy. Uzasadnienie, jak powiedział przewodniczący: „jest to czas, który pan ma na dokładne zdiagnozowanie stanu swojego zdrowia”. Dziękowałem Bogu za taką treść orzeczenia. Wierzę, że to Jego zasługa.

Na tym jednak nie koniec historii mojej choroby. W międzyczasie gdy trwał mój epizod z wojskiem, dostałem skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu w moim ZOZ-ie do specjalisty chorób wewnętrznych. Kolejne badania wykonane powtórnie dały zadziwiające wyniki. Okazało się, że z moją tarczycą jest wszystko w porządku. Co prawda trzeba ją obserwować, ale nie mam nadczynności tarczycy, która jest groźną chorobą szczególnie dla mężczyzn.

Mnie ta historia nauczyła wiele ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że Bóg nagradza posłuszeństwo i zaufanie Mu. Byłem gotowy na przyjęcie każdej odpowiedzi Boga: pójście do wojska lub nie. Jestem szczęśliwy, że wojsko nie było miejscem gdzie On chciał mnie postawić w tym roku. Co będzie w przyszłym? - czas pokaże. Wiem jednak jedno, że chcę być posłuszny Bogu i nie liczyć na swoją przebiegłość i swoje siły, ale we wszystkim liczyć na Niego - również w sprawie wojska. W przyszłym roku także chcę zdać się na Bożą wolę, niezależnie od tego jaka ona jest.

Mac

jarfie Mar 26 '00

 

The most important part of student life in England is the social life. In first year, most people have just left home for the first time and so intend to enjoy themselves as much as possible. This means that no-one seems to need any sleep at all and is out every night of the week. Some of the favourite forms of entertainment are fancy dress parties, „load taste” parties and dancing the night away to „Abba”.

Student accommodation in the Halls of Residence is usually good but after our first year we were told that we couldn’t stay there and so met with some dodgy landlords. Where I went to university, most students lived in huge cold houses which were more than 100 years old. Cockroaches were not the main problem instead we had slugs (which, at least, are slower than cockroaches). We also had mushrooms growing on a wall inside, water dripping down the walls and rain coming in trough the roof. The temperature in these houses was always colder than the temperature outside. This meant we had to wear jumpers inside in the summer and many clothes and sometimes a sleeping bag too, in the winter. One big benefit of these houses was the garden which was ideal for sunbathing in while „studying” in the summer.

Most courses at university in England last only 3 years and so it was important to enjoy the time as much as possible. However the usual life of parties, going out and visiting friends had to be suspended on two different occasions. The first of these was the night before an essay was due in. If an essay was late it would get 0% so it was important to get it in on time. The second reason for a suspended social life was revision for exams when huge amounts of tea + coffee were consumed in a very short time.

One other special occasion on any campus was when England was playing an important football match. Normal life stopped at these times, even dates were cancelled, all eyes were on the TV screen and not a sound could be heard except when England scored a goal.

Liz Wright

rys. archiwum

Studenckie życie w Anglii - tłumaczenie dowolne.

Najważniejszą częścią życia studenckiego w Anglii jest nauka. Na I roku większość osób po raz pierwszy opuściła domy rodzinne i dopiero teraz może się w spokoju pouczyć, więc robią to tak intensywnie, jak tylko jest to możliwe. To znaczy, że uczą się całymi dniami, a nawet nocami. Studenci w ogóle nie mają czasu na żadne imprezy.

Studentom przysługują miejsca w akademikach, lecz zazwyczaj wybierają oni kwatery prywatne, gdyż tam mają lepsze warunki do nauki. Na moim uniwersytecie większość studentów mieszka w 100-letnich domach, gdyż te najbardziej są przesiąknięte atmosferą naukową. Nie przeszkadza im przy tym, że większość z nich jest już zamieszkana przez różne insekty. W nauce nie przeszkadzają również nawet dość trudne warunki bytowe. Np. temperatury panujące w takich budynkach. Dla angielskich studentów spragnionych wiedzy nic nie jest tak istotne, jak nauka.

Największą zaletą starych domów są ich ogrody, które przy pierwszych ciepłych dniach zapełniają się pilnie studiującymi ważkie zagadnienia młodymi ludźmi.

Większość kierunków na angielskich uniwersytetach trwa niestety tylko 3 lata, więc trzeba się jak najwięcej uczyć, by zdobyć jak najwięcej wiedzy w tak krótkim czasie. W związku z tym studenci nie chodzą na żadne imprezy i z tego powodu nie mają żadnych przyjaciół. Oni w ogóle nic nie robią oprócz uczenia się.

Studenci piszą mnóstwo esejów. Dopóki esejowi nie brakuje już tylko 0%, nie uważa się go za ukończony. W czasie, gdy zbliżają się egzaminy studenci tyle się uczą, że nawet nie jedzą ani nie piją herbaty czy kawy.

Nawet wtedy, gdy angielska drużyna gra jakiś ważny mecz i cały kraj siedzi przed TV, to studenci się uczą i nigdzie nie słychać żadnego dźwięku. No chyba, że okrzyk radości, gdy jakiś student zrozumie szczególnie trudne zagadnienie.

Anita Niemczyk

jarfie Mar 25 '00

To miał być zupełnie inny tekst. Lekki, humorystyczny, opisujący co weselsze historie z życia członków pewnej młodzieżowej organizacji , do której i ja należę. Zajmuje się ona... Nieważne, czym. Tekstu nie będzie. Napiszę, dlaczego.

Może od początku. Studiuję na czwartym roku studiów, gdzie ludzi jest mało, tak około sześćdziesięciu, zatem wszyscy się znają, przynajmniej z imienia i nazwiska. Są to inteligentni ludzie, bywa, że łączący naukę z pracą,

z zainteresowaniami, z działalnością w różnych organizacjach, z życiem towarzyskim czy serialami w TV, pomysły na życie są rozmaite. Już sam fakt, że się na te studia dostali, był nie lada osiągnięciem, bo musieli wykazać się wiedzą większą niż pozostałych 7 kandydatów na miejsce. Uczą się różnie. Wiele zależy nawet nie od nich samych, ale od osobowości egzaminatorów czy od przysłowiowego łutu szczęścia. Jedni się starają i im wychodzi lub nie, inni twierdzą, że dobre stopnie nie są im do szczęścia potrzebne. I ja to rozumiem. Jak ktoś chce, to proszę bardzo, niech się człowiek stara. Skoro mu zazdroszczę, to postaram się być taka jak on, a jeśli nie, to nie będę mu niczego utrudniać. Okazuje się, że chyba jestem nienormalna, bo większość ludzi myśli innymi kategoriami. Obrazuje to taka anegdotka o piekle, gdzie w kotłach smażą się różne społeczeństwa. Czasami komuś udaje się wydostać na brzeg kotła i zwiać, a inni mu jeszcze pomogą. Tylko polski kocioł jest inny. Tutaj, jak się komuś już uda wdrapać, to nie tylko nie podsadzą, ale z powrotem ściągną za nogę. Nawet inteligentni, aktywni i kreatywni studenci pochodzący z dobrych rodzin, czyli tacy z jakimi studiuję, uczestniczą w tym procederze.

Miałam okazję doświadczyć tego osobiście, kiedy po pierwszym roku postanowiłam uczyć się lepiej niż dotychczas. Okazało się, że wielu ludziom to bardzo przeszkadza i jestem dla nich przysłowiową solą w oku. Ciekawe, dlaczego. Przecież nie ma u nas limitu bardzo dobrych: „Piątka przypada jedna na cały rok i skoro dostała ją pani Danuta, to nie dostanie jej nikt inny”. Nie spiskuję też z wykładowcami: „Panie profesorze, skoro mi pan postawił piątkę, to niech pan nie stawia tej Pelaśce, bo ona jest gorsza ode mnie”. Zdaję sobie sprawę, że otrzymana ocena w dużej mierze zależy od trafienia w pytanie, na które lepiej się umie odpowiedzieć, humoru egzaminatora czy odporności na stres.

Niektórym przeszkadza też, że chodzę poprawiać oceny, z których jestem niezadowolona. Zakładam, że nie wiedzą, jakie zasady rządzą spłacaniem kredytu studenckimi, przyznawaniem studentom akademików oraz wypełnianiem formularzy ubiegania się o pracę w różnych firmach. Ale nawet jeśli nie wiedzą, dlaczego jest to ich zmartwieniem?

Przejawy niechęci bywają różne. Pamiętam na przykład taką sytuację, gdy jedna z koleżanek, kiedy jej powiedziałam, że wywieszono listę lektur, stwierdziła ironicznie: „No to idź, biegnij po książki!”. Wcale jej to nie przeszkodziło zgłosić się potem do mnie po notatki. Inna specjalistka (i to z mojej własnej grupy) potrafi jechać tym samym tramwajem i pędzić na uczelnię długimi susami, abym, broń Boże, jej nie dogoniła, albo też wlecze się za mną i kryje się po zakamarkach, abym się nie zatrzymała i nie zagadnęła do niej. Potrafi również, gdy stoję z grupą dziewczyn, ostentacyjnie powiedzieć „cześć” zwracając się do nich wszystkich po imieniu, a mnie ostentacyjnie pominąć. Oczywiście, gdy czegoś potrzebuje pamięta nawet jak mam na imię: „cześć Danusia, czy masz może przeczytany tekst na ćwiczenia?”. Nie zachowywała się tak, gdy to ona miała wyższą średnią na pierwszym roku. Wtedy nie było grzeczniejszej i bardziej uczynnej koleżanki. Kiedy przestałam pożyczać wszystkim notatki (a dlaczego z mojej pracy ma korzystać ktoś, kto traktuje mnie po chamsku?), niechęć jeszcze wzrosła. No, dobra. Będę czarną owcą, outsiderem czy też jak tam to nazwać. Niech mnie zepchną na margines, niech dadzą mi w spokoju robić swoje i niech się mną nie interesują.

A guzik prawda. Ostatnio niektórym zaczęło już nawet przeszkadzać to, co robię poza studiami. Na zaliczenie z ćwiczeń mieliśmy opisać styl życia wybranej grupy. Wybrałam jedną z organizacji, do których należę. Bez nazw i personaliów, same ogólniki, niektóre może zbyt ogólnikowe, no, ale w końcu nie przeprowadzałam ankiety tylko pisałam pracę w noc poprzedzającą jej oddanie. Drobna praca na studiach, niezbyt doniosła w porównaniu z ogromnymi esejami, które musimy pisać. Na ostatnich ćwiczeniach mogliśmy wszystkie przejrzeć, ponieważ na czytanie (przede wszystkim na ustalenie, które nas wszystkich interesują, a które nie) nie było czasu. Znalazła się jakaś podła kreatura, która nie poprzestała na przeczytaniu mojej pracy. Wyniosła jej treść znanym sobie ludziom z mojej organizacji, podkoloryzowując odpowiednio to i owo. No bo przecież skoro ta wstrętna kujonka uodporniła się już na docinki dotyczące ocen, to można jej zaszkodzić w inny, bardziej wymyślny sposób!

Nie mogę więc pisać o nieformalnym życiu mojej organizacji, bo nawet moja prośba o autoryzację byłaby w tej chwili źle odebrana. Nie będę uszczęśliwiać mojego szpiona aby mógł popełnić kolejny donos.

Strzeż się, nędzny kapusiu, abyś nie wpadł (wpadła) sam (sama) w doła, który usiłujesz pode mną wykopać. W porównaniu z tą czy inną krzywą miną jakiejś panienki stanowczo przebrałeś (przebrałaś) miarę...

Danuta

jarfie Mar 25 '00

rys. corel gallery

Rok 2000 rozpoczął się na dobre. Tak naprawdę, to cała rodzina Pokrętków była głęboko rozczarowana tym, że żadne istotne zmiany w ich życiu nie nastąpiły. W sumie tylko Pokrętek w związku z millennium miał niejakie przygody. Gdy wracał z zabawy Sylwestrowej, podobno nawet udanej, ale nic z niej nie pamiętał, znalazł na ulicy kupon totolotka. Uznał, że to znak losu, że ma zagrać i na pewno wygra, ale na jakie liczby postawić?!

Co do pięciu nie miał żadnych wątpliwości: 7 - liczba zębów, które mu jeszcze zostały, 14 - liczba ubytków w zębach do uzupełnienia, 29 - liczba dni w lutym, w których dostawał lanie od żony, 11 - ilość dni po zawarciu związku małżeńskiego, które przepłakał, gdy fakt uświadomił sobie po wytrzeźwieniu, 23 - numer kanału, na którym jest „Romantica”. No właśnie i ostatnia, szósta liczba. Jaką wybrać? Pokrętek chciał wpisać ile razy wyznawał żonie miłość, ale na kuponie nie było cyfry 0. Może wróżka poradzi mu jaką liczbę wybrać, bo gdyby tylko przez tę jedną liczbę nie miał wygrać miliarda, to byłoby mu przykro.

Zatem wybrał się do Wróżbiarskiego Zakładu Usługowego „Czerepa”. Na początek asystentka wróżki poprosiła Pokrętka o dowód osobisty, żeby wpisać dane na „Zleceniu usługi wróżenia z ręki oraz z kuli”. Potem wypytała go o stan zdrowia, głównie o choroby serca, na wypadek, gdyby wróżka podała mu szokujące wiadomości i mógłby dostać zawału.

Stres spowodowany nowością sytuacji sprawił, że Pokrętek wymienił wszystkie choroby jakie przeszedł, począwszy od tego, że mamusia jak go rodziła, to ze strachu przed bólem przytrzymała go trochę i był niedotleniony, skończywszy na zapaleniu pęcherza moczowego z zeszłego tygodnia.

Po przejściu skomplikowanej procedury zgłoszeniowej oraz uiszczeniu opłaty w takiej wysokości, że natychmiast wymazał ją z pamięci, Pokrętek usiadł w poczekalni. Siedziała tam już pewna kobieta. Zaczęła opowiadać o swoim życiu, o tym, że ma dwóch adoratorów i nie wie, którego wybrać. Hydraulik, ma mieszkanie, ale jest kulawy. Za to listonosz ma samochód, ale jąka się tak, że ona do tej pory nie wie jak on ma na imię. A znowu hydraulik ma łupież plamisty, ale ma też ciekawą kolekcję płyt Boysów. No, ale listonosz ma zdjęcie z Wałęsą, ale w jego rodzinie wszyscy chorują na schizofrenię. Itd., itp. I właśnie dlatego przyszła do wróżki, chciała wiedzieć, którego ma wybrać. Zachęcony szczerością kobiety, Pokrętek powiedział jej wszystko o sobie.

Pokrętek skończył opowieść i jego towarzyszka oczekiwania weszła do gabinetu wróżki. Dziwne to trochę, ale nie wyszła z tego gabinetu. Może było drugie wyjście dla klientów już obsłużonych? Po chwili drzwi się uchyliły i głos z wewnątrz zawołał:

- Wejdź Tadeuszu!

To chyba było do Pokrętka. Tak miał w dowodzie napisane: Tadeusz Pokrętek. Co prawda całe życie nikt nigdy go tak nie nazywał, bo tak naprawdę, to ojciec był pijany jak go meldował i się pomylił, bo Pokrętek miał mieć na imię Anzelm, no i tak całe życie wszyscy się do niego zwracali. Ależ ta wróżka ma wiedzę tajemną! Powoli wszedł do gabinetu. W półmroku dojrzał kobietę o urodzie starej Indianki pochodzenia koreańskiego.

Przed nią na stole leżała kula do kręgli. Wróżka poprosiła Pokrętka by usiadł na krześle w wyciętą dziurą, na wypadek, gdyby jego kłopoty z pęcherzem jeszcze się nie skończyły. Stan jej wiedzy o osobie Pokrętka przestawał powoli go dziwić.Czekał co będzie się działo. Wróżka popatrzyła na kulę, uważnie przyjrzała się swojej dłoni i powiedziała:

- Przyszedłeś tu po coś, co już masz. To jest w Twoim posiadaniu. Musisz tylko zajrzeć w głąb siebie a znajdziesz drogę, zobaczysz światło, a ono Cię poprowadzi. Zjednocz się z otaczającą Cię energią, przeniknij ją a ona przeniknie Ciebie. Zatop się w bezmiarze wszechrzeczy. Ucieknij w głąb swego jestestwa i znajdź tam siebie znającego odpowiedź. Idź!

Oniemiały Pokrętek wyszedł od wróżki. Nawet nie zauważył, że zapłacił jej jeszcze raz. Z wciąż otwartymi ustami powędrował do domu. Usiadł w fotelu nie zwracając uwagi na fakt, że siedział tam już kot. Pokrętek zaczął zaglądać w głąb siebie, szukać drogi i światła, jednoczyć się z energią, przenikać ją, zatapiać się w bezmiarze wszechrzeczy i w końcu uciekł w głąb swego jestestwa.

Miesiąc temu Policja zaprzestała poszukiwań Pokrętka.

<><

jarfie Mar 25 '00
IRC


rys. archiwum

Wpadłam któregoś dnia do znajomej, miałyśmy pogadać, a ona jakaś nieobecna duchem, co chwilę zerkała na monitor komputera. Okazało się, że właśnie rozmawia z kimś na IRCu. Coś na ten temat słyszałam - rozmowa przez komputer z kimś, kto może nawet być na drugim końcu świata. Może to i fajna zabawa, ale żeby tak cały czas gapić się w ten monitor? Wykazałam się brakiem zrozumienia dla jej nałogu, więc dała mi też spróbować. Stało się, porozmawiałam z jakimś chłopakiem, w tej chwili nie pamiętam już nawet o czym. Z bólem serca oderwałam się od kompa, gdy musiałam już wracać do siebie.

Po powrocie pierwszą rzeczą jaką zrobiłam było włączenie komputera. Wpisałam w przeglądarce hasło „irc” i czekałam co się stanie. Znalazłam stronę, z której ściągnęłam program do IRCowania - mIRCa. Zainstalowałam go (tzn. właściwie sam się zainstalował ). Udało mi się podłączyć. Nie do końca rozumiałam, co dokładnie się działo, ale zaczęłam rozmawiać z ludźmi.

No może nie było to takie proste na początku, ale na szczęście Agnieszka trochę mi opowiedziała o IRCu. Po pierwsze: znaleźć kanał, na którym będą jacyś ludzie. Po drugie: spróbować zrozumieć o czym mówią i włączyć się do rozmowy. Wbrew pozorom nie jest to takie proste, bo IRC rządzi się własnymi prawami, ma swój specyficzny język, pojęcia, symbole itd. I w gruncie rzeczy chodzi o to, by nie wyjść na lamera. Najprościej będzie mi to pokazać na przykładach:

* QQROR zieewa

<QQROR> przepraszam ;-)

<Ryba> zaslaniaj usta!

<QQROR> zaslonilem i przeprosilem :-P

<Ryba> sorki, nie zauwazylam, bo akurat ziewalam

<[Vanguard]> dopra

<[Vanguard]> takis mondry?

<[Vanguard]> that meanst WAR!

<GryzoN> HEHEHE

<GryzoN> LOL, ja i tak ide

<[Vanguard]> to z kim ja bede walczyl? jak sobie zasluze na wieczna milosc kobiet?

<Ryba> wlasnie dostalam maila od Ciebie

<Cinek> teraz??? coz to za pora???

<Ryba> 00:46

<Cinek> fajnie, mail pobiegal sobie po centralnych Chinach po czym przypomnialo mu sie, ze jednak ma wrocic do Polski...

<Ryba> sprawdzilam 40 minut lecial, lotniczy czy co?

<Cinek> nie, szedl droga ladowa..., od razu widac, ze ladowa...

<Ryba> ta , pieszo ...

<Magda_> musze isc restartowac komputer

<QQROR> Magda_: masz wlacznik w drugim pokoju ? ;-)

Skopiowałam kilka zabawnych przykładów, ale w gruncie rzeczy IRC, to nie tylko zabawa. Można tu nawiązać naprawdę głębokie relacje czy porozmawiać na ciekawe tematy.

Otwartość ludzi na IRCu jest dla mnie wciąż ogromnym szokiem. Wiem, że to w dużej mierze kwestia tego, że nie widzimy siebie nawzajem. I to niektórzy wykorzystują po to, by udawać kogoś kim nie są. Ale dla wielu osób jest to normalna forma komunikowania się i nawiązywania nowych znajomości. Poza tym kiedyś nadchodzi czas, aby spotkać się np. na tzw. zlocie, więc jeśli podam się za przystojnego bruneta, to na zlocie będę już spalona :-). Ludzie z kanału, na którym jestem stałą bywalczynią spotykają się średnio raz w miesiącu. Co zlot dochodzą nowi ludzie. Lubię te spotkania :-). Nareszcie zobaczyć kogoś z kim przez ostatni tydzień przegadałam tyle

czasu :-).

Na czym w gruncie rzeczy polega fenomen IRCa? Nie wiem. Wiem dlaczego ja IRCuję. Towarzyskie ze mnie stworzenie. Bardzo lubię ludzi. Lubię spędzać z nimi czas, rozmawiać, poznawać wciąż nowych. Na IRCu mam to wszystko. Wtedy kiedy chcę i tak długo jak chcę. I mogę bez jakiegokolwiek skrępowania powiedzieć: „cze chcesz pogadac?”. A zatem? Do zobaczenia na dalnecie na #Gdansk :-) ?

Anita

jarfie Mar 2 '00

Asia, studentka filologii szwedzkiej UJ, ma dosyć nietypową pasję. Aby się zrelaksować i odpocząć od zawiłości języka szwedzkiego, uprawia taternictwo jaskiniowe. Pomyślicie sobie, co może być ciekawego w chodzeniu po jaskiniach, gdzie z pewnością jest zimno, ciemno i mokro?

Oto co myśli o tym Asia: Jaskinie są uważane przez ludzi za brzydkie, a chodzenie po nich to coś, co się robi za karę. Jestem z Zakopanego, fascynuje mnie piękno Tatr i przyroda. To środowisko jest całkiem inne, tajemnicze. Można tam spotkać ciekawe formy erozyjne, a jaskinie są naprawdę duże. Poza tym jest to sport ekstremalny, a adrenalina to jest coś, od czego człowiek się uzależnia. Eksploracja jaskiń ma z pewnością wartość naukową, no i oczywiście towarzyską. Ludzie się sprawdzają w trudnych sytuacjach, pomagają sobie nawzajem.

Ppp: Czy to nie jest niebezpieczne?

Asia: W pewnym stopniu tak. Uprawiając taternictwo jaskiniowe należy uwzględnić wszystkie techniki poruszania się po jaskiniach, zarówno poziomych jak i pionowych. W jaskini prostej można znaleźć się w tzw. korytarzu. Czasami można znaleźć się w bardzo wąskim ciągu poziomym, który w zależności od stopnia zwężenia jest przełazem, zaciskiem albo nawet szczeliną. Przechodzi się na różne sposoby, czasami na czworakach lub czołgając się. Są też ciągi pionowe tzw. studnie, w których wszystko odbywa się na linie-w pionie. Ludzie z klaustrofobią albo lękiem wysokości nie mogą się zajmować tą dyscypliną.

Ppp: A co z ubiorem, z pewnością taki rodzaj sportu wymaga specjalnej odzieży ochronnej? Asia: Wystarczy kombinezon z PCV, kask, oświetlenie czyli tzw. czołówka, gumowce, które my nazywamy „baciokami”, no i wór jaskiniowy na sprzęt.

Ppp: Taternictwo jaskiniowe wymaga oczywiście odpowiedniego przygotowania?

Asia: Trzeba przejść przeszkolenie w odpowiednim klubie. Adresy klubów, które się tym zajmują na terenie Polski, znajdują się na stronie Polskiego Związku Alpinizmu. Chodzenie po jaskiniach może naprawdę wciągnąć, a wtedy okazuje się, że to jak odkrywanie nowego, innego świata.

Rozmawiała: Beata

jarfie Lis 30 '99
Strony: «« « ... 4057 4058 4059 4060 4061 ... » »»
  • Save this on Delicious

Reklama

News

Server Hosting

Dedicated Server Hosting Dedicated Server Hosting 2019 Top Dedicated Server Hosting https://dedicated-serverhosting.com/ Dedicated Hosting Server Top Dedicated Server Hosting 2019 Dedicated Web

Zamienić kurnik na apartamentowce…

Ponury i przygnębiający barak pamiętający zamierzchłe czasy PRL, dawna i dzisiejsza siedziba władz jednej z największych gdańskich spółdzielni mieszkaniowych, nie jest najlepszą wizytówką LWSM Morena.

„Promyk Nadziei” zbuduje plac zabaw

Zakończył się konkurs skierowany do organizacji pozarządowych na wybudowanie plac w zabaw dla dzieci na terenie Gdańska. Nowe atrakcje dla najmłodszych powstaną do końca 2010 r. Wśr d dwunastu oferent

Niechciane zaliczki

Zarząd LWSM Morena wprowadził zaliczkową opłatę 10 złotych na poczet rozliczenia tak zwanej wody r żnicowej. Kwota ta podlegać będzie rozliczeniu po zakończeniu okresu rozliczeniowego zużycia wody.

Castel wycina w pień

Przy ul. Magellana na Morenie wycięto w pień dorodne drzewa, a zaraz potem na teren wjechały spychacze zaalarmowali nas mieszkańcy osiedla Morena. Jeśli wycięte zostały jakiekolwiek drzewa, to z c

Zarządowi nie podwyższono wynagrodzenia

17 sierpnia obradowała Rada Nadzorcza LWSM Morena . Obecni byli zainteresowani członkowie sp łdzielni. Zmieniono zasady typowania dom w do rocznego planu dociepleń. Obecnie o pierwszeństwie będzie de

Myjnia oprotestowana

Czy na parkingu przy ul. Kolumba wydzierżawionym od sp łdzielni prywatny przedsiębiorca, Władysław Krugły, będzie m gł zbudować myjnię dla samochod w? Mieszkańcy sąsiadujący z tym parkingiem, sondow

Przed pierwszym dzwonkiem…

Do nowego roku szkolnego pozostało już niewiele czasu, toteż każda godzina w szkole przy Gojawiczyńskiej wykorzystywana jest maksymalnie, aby jak najlepiej przygotować plac wkę do zajęć.Brygada remont

Czy bandytyzm zawładnie Moreną?

Podpalenie piwnicy przy Marusarz wny 6, uszkodzenie windy dwa tygodnie p źniej w tym samym bloku, kradzież element w rusztowania przy Amundsena, przecięcie przewod w paliwowych w samochodzie zaparkowa

Bez tabletek uspokajających

Pracownicy chełmskiej sp łdzielni twierdzą, że wraz z dokonanymi zmianami we władzach przestały śnić się im po nocach koszmary i do pracy, jak dawniej, chodzą chętnie, bez stresu.Maria Supłatowicz pot

Wczytywanie...